I tak dalej

„I tak dalej” – fragment powieści

Za oknem krajobraz bez większych rewelacji, całe to miasto jest bez większych rewelacji. Lampy, chodniki, pasy, pomniki, światła, ludzie na przystankach, ludzie wracający z klubów, domówek, wieczorów kawalerskich, panieńskich, wszyscy stłoczeni, ściśnięci, hermetycznie homogenizowani, za głośni, zbyt tandetnie uśmiechnięci. Oni są w cugu, na wiecznej imprezie, jeszcze ich to cieszy, oni jeszcze nie wiedzą, wieczni studenci, wieczne dzieci, wiecznie i na każdym kroku ci zjebani turyści rzucający banknoty kelnerkom i barmankom jak przydrożnym kurwom i jeszcze te spierdolone Erasmusy; wieczne dzieci z wiecznie młodymi, zachlanymi twarzami, Wieczne Królewskie Miasto Kraków, dla wiecznych przechodniów.
Dojadam kebaba, zwijam mokry papier i wrzucam do kosza, który nagle wyrósł jak spod ziemi, no tak, wysiadłem, nie mogłem już dłużej zdzierżyć tej dusznej atmosfery, a może nie mogłem wytrzymać docinek odnośnie moich klapek i bokserek, nie wiem, ostatnio sporo mi umyka.

No i teraz spaceruję sobie bez celu, wzdłuż Kładki Ojca Bernatka, na której zawieszone są setki dowodów miłości w postaci kłódek. Jest Ola i Paweł, Natalia i Marcin, Patryk i Zosia, Łukasz i Adrian i tak dalej i tak dalej.
Wiszą kłódki małe, symboliczne, są też poważne kłódziska, są złote, srebrne, miedziane, proste i zdobione, ręcznie malowane i takie robione na zamówienie też są. Tak to już jest w kapitalizmie; miłość została kupiona za mniejsze lub większe pieniądze. Wieczorami panowie żule czasem tu przychodzą i wyręczają służby porządkowe w odciążaniu konstrukcji; przecinają poręcznymi piłami do metalu te wielkie i wzniosłe uczucia i sprzedają je potem na złom, tak to waśnie wygląda.
Myślę sobie, myślę, ile tych miłości jeszcze przetrwało, ile się rozpadło, kto unika tej ścieżki, a kto przechodzi z innym partnerem, czy tam partnerką i uśmiecha się pod nosem widząc swój dawny obiekt westchnień, co prawda jeszcze zawieszony, ale już nieaktualny i nieobecny.
Nie mam nawet papierosa, a szkoda, bo nagle bardzo zachciało mi się palić. Rozglądam się w poszukiwaniu jakiejś zbłąkanej duszy, o czwartej w nocy wszyscy mają papierosy, inny gatunek o tej porze już nie egzystuje.
Nikogo jednak nie dostrzegam, już mam zawrócić, gdy na końcu kładki widzę niewyraźnie jakąś sylwetkę. Ruszam więc w tamtym kierunku, może się jeszcze tego szluga uda od kogoś wysępić, no i mamy tutaj scenę filmową – moja jedyna nadzieja postanawia skoczyć z tego mostu. Nie wiem po co, ale jest trochę za zimno na dziewicze pływanie w blasku księżyca. Ratować, czy nie ratować? Biec, stać i obserwować, a może odejść i zapomnieć, udawać że się przywidziało, dużo ostatnio mi się zdaje, całe życie ostatnio mi się zdaje, może tak jest i tym razem? No i tak stoję jak ten pies zerwany ze smyczy, nie umiem za cholerę podjąć decyzji, tym bardziej, że…

Fragment pochodzi z nieopublikowanej powieści „I tak dalej”

wieczorna wizyta

notki codzienne: odwiedziny o szóstej nad ranem

Przysypiam już trochę nad laptopem przepisując ostatnie kartki maszynopisu. W pokoju unosi się gryzący tytoniowy dym i kwaskowaty odór nadgniłych cytryn. Ostatnio upodobałem sobie dość osobliwy rodzaj drinków. Jako że palę dużo, a każdy papieros to minus dwadzieścia procent witaminy ce, to uzupełniam regularnie niedobór – po każdym papierosie mieszam wódkę z cytrusami, a wyciśnięte skórki rzucam za siebie. Nie mam czasu oderwać się od biurka i posprzątać, to zbyt prozaicznie.

Wracając do mojego położenia; zaczyna świtać, pasowałoby się na chwilę zdrzemnąć, zaraz trzeba będzie wstawać. No i prawie bym sobie już zasnął, barany skakały w zwolnionym tempie przez płot, bodźce uciekały na dno świadomości, zwoje mózgowe luzowały napięcie, Nils Frahm walił spokojnie głową w klawisze, wszystko szło w dobrym kierunki, no ale nie, nie, zbyt łatwo, jeszcze nie teraz.
Do pokoju wpada zdyszany Paulo, jakby to było normalne przychodzić do kogoś o szóstej nad ranem. Nie daje mi ostatnio spokoju, strasznie się przejmuje moją jeszcze niedokonaną karierą pisarską, jakoś tak ambicjonalnie podchodzi do tego tematu. W ustach oczywiście papieroch, nawet płaszcza nie zdjął, w ręku dzierży cylinder. Paulo ma nowy styl, próbuje zostać dekadentą, ale nikt mu nie wierzy, bo Weronika nie postanowiła umrzeć.
– No i jak ci idzie, Wiktorze? – zaczyna poważnym, zbyt górnolotnym tonem, jak nie on.
– Powoli, powoli, zbliżam się ku końcowi. Tak myślę. Chyba – odpowiadam niepewnie.
– I o czym ty piszesz, jak wygląda główny bohater?
– Pije za dużo alkoholu, na śniadanie wciąga amfetaminę, a na dobre spanie raczy się koką. Żyje na kreskę i podejmuje złe decyzje życiowe.
– Idealnie – mówi z pełnym entuzjazmem. – Bo ja sobie tak myślę, że mam pomysł jak z ciebie zrobić znanego pisarza, legendę!
– Zamieniam się w słuch, Paulo. Oświeć mnie.
– Zrobimy taką autokreację – mówi z pełnym przejęciem. – Że w tej powieści, ty, to prawdziwy ty. Upozoruje się, co trzeba, zaaranżuje jak trzeba. Mam dojście do proszków, rozpowie się to tu, to tam, zapłaci się ile trzeba i komu trzeba, zresztą – robi cwaniacką minę. – Kogo ja nie znam, policję też podkupimy, wszystko da się kupić. Przecież to Polska.
– Ale że jak?
– No, normalnie! Przedawkujesz rutinoscorbin, zaćpasz się, zapijesz, wszystko razem, albo możesz sobie wybrać – robi dłuższą pauzę i drapie się po brodzie. – No i ja potem obwieszczę, że umarł niedoceniony przez nikogo młodociany talent, będę firmował to swoim autorytetem, to się sprzeda, wydawcy będą się zabijać o prawa do publikacji!
– Paulo, ty przepisywałeś Biblię i mówiłeś, że to twoje.
– To było dawno i nieprawda. Mamy XXI wiek, kto o tym pamięta? Dajże mi dokończyć!
– Ja pamiętam, na przykład.
– Ty się nie liczysz. Mam sobie pójść? Czy jednak chcesz być, kurwa, sławny?
– Miałeś nie przeklinać, Paulo. Jesteśmy literatami, nie przystoi nam takie słownictwo.
– Chyba ty! To mam mówić, czy nie?! – krzyczy wyraźnie wytrącony z równowagi.
– Dobrze, dobrze – uspokajam go. – Kontynuuj.
– No więc pozorujemy wszystko, pogrzeb świecki, musimy cię wykreować na takiego ateistę z prawdziwego zdarzenia, jeszcze jakiś zatarg w kościele, apostazja niedokonana… – zamyśla się na chwilę. – Albo przed kościołem, z zakonnicą, plebanem, klerykiem, no coś się wymyśli, skandal religijny też musi być w tle, żeby historia była nośna, takiego buntownika z wyboru musimy z ciebie zrobić – zaciąga się głęboko i spala niemal pół papierosa za jednym zamachem. – Spiszemy też testament, który będzie się składał z trzech krzyżyków, że taka enigma, zagadka, dodamy do tego jeszcze jakąś traumę związaną z rodzicami, że kazali ci wyprowadzać żelazko na smyczy, wmiskujemy w to jakąś kobietę psychopatkę i kobietę niepsychopatkę, ale ładną, no i po prostu, i będziesz – podnosi ręce w gorę jakby dostał objawienia – ustawiony człowieku do końca życia!
Podchodzi do mnie, patrzy się prosto w oczy z takim przejęciem, jakiego nigdy jeszcze u niego nie widziałem i kładzie dłoń na moim ramieniu.
– Drinki z palemkami, Wiktor! Piasek, ocean, masaże erotyczne, kobiety erotyczne, nielimitowany alkohol, kubańskie cygara, tytoń i marihuana prosto z plantacji, słońce, ciepło, słomiane kapelusze, leżaki, czego chcieć więcej? – pyta się autentycznie podniecony, jakby to on miał być na moim miejscu.
– Ale jak będę chciał coś jeszcze napisać, wydać? – odpowiadam spokojnie.
– Opublikujemy pod moim imieniem, moje nazwisko się szanuję, wspominałem już o tym, no nie?
Mierzę go wzrokiem, Paulo wie, że wszystko się sypło przez tę Weronikę i nie ma już takiego przebicia, więc odwraca głowę i nieco potulnieje.
– No albo, albo… – zawiesza głos. – Niech ci będzie, że znajdą w jakiejś knajpie twój zeszyt, potem znajdzie się kolejny i kolejny, w różnych częściach świata, nowa historia, że obieżyświat taki byłeś i ćpałeś tylko dlatego, żeby cały czas podróżować i pisać, potem znajdą się serwetki z Nowego Jorku, podkładki pod piwo z twoimi wierszami z Las Vegas, sentencje zapisane na ławkach w Nowym Orleanie, jak ty w ogóle nie myślisz – kiwa głową z niedowierzaniem. – To jak będzie?
– Przemyślę twoją propozycję.
– No.
– No.
– To wpadnę jutro?
– Dobrze, Paulo.

rozmowy z psem

notki codzienne: rozmowy z psem

Czwarta trzydzieści. No nic – myślę – w ciągu najbliższych trzech godzin i tak nie zasnę, a potem już świta. Idę po kawę. Zamykam drzwi, wspieram się o parapet, już mam odpalać papierosa, ale ktoś puka do drzwi. Otwieram. A to Fifa. Fifa to pies.
– No siema. Nie możesz spać?
– Tak jakoś wyszło.
– No to witaj w klubie.
Idziemy na balkon, gwiazdy już powoli zaczynają gasnąć, kawa pachnie resztą nocy i początkiem dnia.
– Kopsniesz szluga?
– Od kiedy palisz?
– Od kiedy zadajesz takie pytania? Starszych, a przede wszystkim kobiet, się o takie rzeczy nie pyta – mówi z pełną powagą.
Podaje papierosa, odpalam, Fifa zaciąga się głęboko i zaczyna wyć do księżyca.
– Obudzisz wszystkich w domu, ucisz się!
– A jak ty wracasz o piątej nad ranem z tych swoich nocnych eskapad i czołgasz się po schodach, to jest wszystko w porządku, tak?
Wyje dalej.
No i tak sobie siedzimy, pies rozmawia z księżycem, co jakiś czas prosi mnie o kolejnego papierosa, paczka topnieje z minuty na minutę, ale jest całkiem przyjemnie.
– Ty, a wiesz, że jutro, to znaczy dzisiaj, idziemy na pedicure?
– Chyba ty.
– Sama nie pójdę. Ktoś musi mnie zaprowadzić. I zapłacić. Jestem psem. Zapomniałeś?
– No tak.
Skończyliśmy paczkę, zrobiłem sobie jeszcze herbatę, Fifie przyniosłem wodę w misce, bo też ją zaczęło suszyć od nadmiaru substancji smolistych. Potem skromne śniadanie, znowu kawa i papierosy, ze dwa rozdziały książki na rozruszanie wyobraźni, no i nie ma rady, trzeba iść do tego weterynarza.
– Znowu mi zakładasz tę pedalską smycz?
Patrzy się na mnie z wyrzutem.
– Jest spoko. Fancy. Tak się teraz psy noszą. Kilka lat temu była obciachowa, ale teraz już jest modna, daj spokój.
– Taa. Tak samo modna, jak twoje zielone, spedalone spodnie. Myślisz, że jak mnie weźmiesz ze sobą, przystroisz jak bożonarodzeniową choinkę, to kobiety zaczną się za tobą oglądać?
– Wiesz że nie masz wyjścia? Jesteś psem.
– No tak.
Więc idziemy. Fifa w trakcie spaceru komentuje napotkaną rzeczywistość. Oberwało się kilku młodzieniaszkom, którzy jeżdżą „spedalonymi beemkami”, tylko po to, żeby zaszpanować swoim „spedalonym dziewczętom”, dostało się także samcom szczekającym tu i ówdzie przy ogrodzeniach. Fifa twierdzi, że seks jest przereklamowany, a związki do dupy. Przypomniałem jej, że to pewnie dlatego, że jest wykastrowana, a ona wtedy ostentacyjnie zrobiła kupę na środku chodnika.
– A teraz to zbieraj – powiedziała.
Tak więc nie wchodziłem z nią więcej w polemikę, bo nie chciałem mieć do czynienia z gównianymi argumentami. W końcu dotarliśmy do przychodni, która mieści się na przeciwko kościoła. Siadam na murku, Fifa znowu obsępia mnie z fajek. W kolejce czeka pitbull, który cały czas skomle, bo boi się zastrzyku.
– Taki mięśniak, a już się obsrał. Frajer – powiedziała Fifa zaciągając się papierosem.
Dopalamy, wchodzimy przez uchylone drzwi do środka. Czujemy sterylny zapach tych wszystkich chemicznych rzeczy, którymi szczepi się psy, opatrza rany i tak dalej. Nagle Fifa drętwieje, zaczyna sapać i dostaje ślinotoku.
– Co się dzieje?
– No popatrz. Tu są wszędzie narkotyki. Xenax, Prozac, Edronax, Valium…
Siedzimy marzymy, już widzimy to oderwanie od szarej rzeczywistości, zobojętnienie, błogostan, gdy nagle, od narkotykowej wizji odrywają nas fragmenty rozmowy właściciela pitbulla z lekarzem.
– Ma pani puszkę Prozaca. Wystarczy dodać do miski dwie łyżki tego specyfiku i psu się nawet srać nie będzie chciało, he, he.
Fifa patrzy się na mnie autentycznie wkurwiona.
– Jak mi będzie obcinać te pazury to mu nasram na stół. Okej?
– Okej.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Była przeszczęśliwa. A lekarz zwietrzył interes i dostaliśmy Prozac w gratisie. Do przetestowania.
– Jest twój – powiedziała Fifa.
– Dzięki, stara.
– Nie ma za co.

Tekst pierwotnie opublikowany na fejsie 22 sierpnia.

skrzyżowanie

notki codzienne: skrzyżowanie

Od kilku dni biorę zimne prysznice. Podobno są zdrowe. Nie, żebym je lubił, ale mus to mus. Piec gazowy stwierdził, że ma mnie w głębokim poważaniu i podgrzewać wody nie będzie. Negocjowałem z nim chwilę, próbowałem przetłumaczyć, mówię mu, stary, będę cię musiał rozebrać, wyjąć wnętrzności, przekroczyć wszystkie te intymne progi, przecież jest to nam obojgu bardzo nie na rękę. Ale nic to, on dalej, że ma dość życia i chce emerytury, a najlepiej, żebym go wywiózł na śmietnik, bo wszystko już w swoim życiu zobaczył, przeżył i ma w dupie to całe grzanie. W końcu się poddałem, ale na wysypisko dziada nie wywiozę, niech cierpi. Plus jest tego taki, że nie leżę pół godziny w wannie patrząc się filozoficznie w sufit, blokując tym samym łazienkę współlokatorom. Kolejnym benefitem zimnej wody jest trzeźwe spojrzenie na świat z samego rana. Wszystko jawi się zaskakująco wyraźnie, mimo dwóch, trzech godzin snu.

Więc sobie tak maszeruję, słuchawki douszne, głęboko, żeby miasto za mocno nie atakowało, a masa bezsensownych i przypadkowych słów nie zaburzała pozornej harmonii. Potem autobus, kilka stron książki, wysiadka. Sklep. Coś do przepicia i Marbloro czerwone. Pani sklepikowa mi zawsze odkłada jedną paczkę miękkich, bo jak pewnego dnia stwierdziła, jestem z tego pokolenia dwudziestoparoletnich palaczy, co się z rakiem nie pierdolą i wiedzą, co dobre. A potem już tylko skrzyżowanie. To właśnie tam, od trzech miesięcy, miałem przyjemność obserwować studium rozkładu.

Zobaczyłem ich „pierwszy raz” pewnego słonecznego dnia. Ona, włosy blond, niska. Brwi przystrzyżone perfekcyjnie, jak trawniki na Beverly Hills, kredka ostra, dekolt z gatunku takich, co się miło patrzy, ale na twarzy wyczuwalne napięcie. On, wysoki, szczupły, zawsze z torbą przewieszoną przez ramię i z nieodłącznie przyklejonym, serdecznym uśmiechem. Włosy zaczesane lekko na bok, zgodnie z obowiązującą modą, spodnie slimy, ale niezbyt obcisłe, tak żeby w kręgach bardziej konserwatywnych mógł uchodzić za trochę spedalonego, ale w sumie to mężczyznę. No i się tak mizdrzą, codziennie, zawsze o tej samej porze, a z dnia na dzień coraz odważniej i odważniej, a potem to już bez problemu rozpoznaję, że większość tych spotkań jest pożegnaniem „po” upojnych nocach, winie i innych ekstazach. Jednym słowem – miłość kwitnie.

Ale to nie opowiastka filmowa, ani pokrzepiający dodatek do „Pani Domu”, tylko życie, więc z czasem nie jest już tak kolorowo. Mija miesiąc. Teraz już stoją obok siebie, pół metra dystansu. On niby od niechcenia, a jednak nerwowo, wierci czubkiem buta, jakby chciał wykopać dziurę w chodniku i się tam schować. U niej natomiast zacięcie na twarzy zabójczo poważne, brwi podczas rozmowy ściągnięte. Na pożegnanie już tylko delikatny, przelotny pocałunek, no ale w usta, nie policzek, więc daje im szansę, trzymam kciuki. Myślę sobie, może im się w łóżku nie układa, kryzys, przejdzie. Mija kolejne trzydzieści dni. Półtorej metra dystansu. Ona energicznie gestykuluje, On, zrezygnowany, z głową wlepioną w ziemię i zapadniętymi barkami. Milczy. No i w końcu nadszedł ten dzień. Moi bohaterowie zniknęli ze skrzyżowania, uczucie rozlało się na pasach, potem zmył je deszcz. Za jakiś czas położą tam nową farbę i nie zostanie już nic, nawet wspomnienie. Ale ją dalej mijam. Nosi teraz odważniejsze dekolty.

Tekst pierwotnie opublikowany 3 października 2015 na Facebooku.

wizyta u lekarza

notki codzienne: wizyta u lekarza

Po długich namowach mojej mamy, w końcu zapisałem się na badania kontrolne, które miały odpowiedzieć na fundamentalne zagadnienia natury ludzkiej – czy pacjent będzie jeszcze żył i czy mechanizmy sterujące fizjologią są właściwie naoliwione, nie przegrzewają się, nie zgrzytają i wydalają wszystko jak należy.
Jakoś tak się złożyło, że dwa tygodnie temu dostałem na skrzynkę mailową kuszącą ofertę zatytułowaną „Zbadamy Cię dogłębnie i kompleksowo”. Cena za taką usługę wraz z kodem rabatowym wynosiła złotych dziewiętnaście i groszy dziewięćdziesiąt i dziewięć. Wszystko elegancko opłaciłem, wypełniłem też ankietę, oddałem próbki krwi no i teraz jadę sobie windą na sam szczyt biurowca. Gdy winda w końcu wypluła mnie na ostatnim piętrze, od razu na wejściu przywitała mnie bardzo uprzejma niewiasta, której okazałem dowód osobisty. Sprawdziła dane, po czym wręczyła mi discmana i duże słuchawki Unitry.
– Pan wciśnie teraz plej.
No i sobie tak idę, w uszach sączą się odgłosy natury, ptaszki śpiewają ćwir, ćwir, szumią knieje i kogut wesoło pieje, a gdzieś z oddali słychać odgłosy kopulujących hipopotamów. Jak mniemam, ta ścieżka dźwiękowa miała mnie odstresować i wprowadzić w stan jedności z naturą. No ale nic to, idę dalej, namalowane markerem strzałki nawigują mnie do celu. Skręcam w prawo, potem w prawo, znowu w prawo, potem w lewo, prosto, po schodach, mimo, że to miało być ostatnie piętro, potem prosto, prosto, wchodzę do toalety, drugie drzwi po lewej, a tam zamiast kibla kolejne drzwi i kolejne, potem mijam pustą salę ze stołami operacyjnymi i w końcu docieram na miejsce. Na drzwiach wisi tabliczka z literówką „Porsze nie pukać, porsze wechodzić”. Naciskam klamkę i widzę jegomościa w białym kitlu. Podpiera głowę lewą ręką, a drugą gryzmoli coś ołówkiem na stole, który do złudzenia przypomina szkolną ławkę.
– Dzień dobry – przedstawiam się grzecznie, siadam na drewnianym krześle i czekam.
– O, pan Wiktor. Zapowiadano pana. Pan przyszedł odebrać badania.
– Tak.
– Bardzo ciekawy przypadek, bardzo ciekawy. Niech mi pan powie, jak pan żyje?
– Eeee, to znaczy?
– W pana krwi wykryto porażkę życiową, nadmiar porażki życiowej, to bardzo niebezpieczne.
– Rozumiem. I co teraz? To genetyczne, uleczalne, co mam zrobić?
– Musi pan przede wszystkim zmienić swoje nastawienie do świata. Od tego zależy, czy pana krew jest dobra, a od tego zależy szereg innych rzeczy, witalność, sprawność seksualna, pamięć, no wszystko, proszę pana, a przecież pan nie chce, żeby krążyła w pana krwi porażka życiowa?
– Oczywiście.
– Więc na początek, musi pan zacząć się normalnie odżywiać, to początek drogi do oczyszczenia. Niech mi pan powie, co pan dzisiaj zjadł.
– Nic.
– A wczoraj?
– Nic na podwójnym cieście, posypane niczym i z dodatkiem niczego. Na deser też nic.
– Kiedy pan ostatnio coś jadł?
– W maju zeszłego roku.
– Jak pan żyje, skoro pan nie żyje?
– Nie wiem.
Doktór odchylił się na bujanym krześle, wyciągnął e-papierosa i zaczął się bujać. Mija minuta, dwie, pięć, dziesięć, no a on się buja dalej, jak ten koń na biegunach ze znanej piosenki.
– Przepraszam, halo? Halo? Ja tu jestem! – Wrzeszczę poirytowany.
– No i widzi pan, znowu się w panu odzywa ta pana porażka życiowa, to był taki test.
– Że co takiego przepraszam?
– To był sprawdzian. Testowałem czy moja aura, która wynika z czystej krwi, dobrych nawyków, dobrego i nieskażonego życia, zadziałała na pana poprawnie. Nie zadziałała. Pan jest przegrany, pan jest przegrywem, tak teraz chyba młodzież mówi.
– Przepisze mi pan coś jeszcze oprócz tego bełkotu?
– Nic. Do widzenia. W kasie proszę zapłacić za dodatkową usługę.
– Co takiego?
– Za moją aurę. Dwieście złotych się będzie należało.
Myślę gorączkowo jak tu wybrnąć z tej sytuacji, nie mam przecież zamiaru płacić temu hochsztaplerowi. Kątem oka dostrzegam na ścianie plakat Boba Marleya.
– Jaka jest pana ulubiona piosenka Boba?
– No woman, no cry – odpowiada z wyraźną nostalgią w głosie.
– A znasz pan tłumaczenie tytułu?
– No mniej więcej takie, że bez kobiety się nie płacze, takie pocieszenie, zawsze sobie słucham przed spaniem, to piosenka z dobrą aurą.
– Zupełnie odwrotnie. To zwrot do kobiety, żeby nie płakała.
Lekarz się prostuje, mierzy wzrokiem Boba i tak stoi jak wryty. Nagle zrywa plakat, płacze, kładzie się na ziemi i wierzga jak szalony.
– Całe życie żyłem w błędzie, oszukano mnie, całe życie, tyle nocy, całe życie!
Napawam się chwilę tym spektaklem, ale pora już na mnie, jestem tu i tak stanowczo zbyt długo.
– I kto tu jest porażką życiową?
– Idź pan już stąd.
– A za tę aurę to mam płacić?
– Jebać aurę.

notki codzienne - obwarzanek

notki codzienne: obwarzanek

Siedzę pod makiem i jem obwarzanka. Jakoś tak mi wpadło do głowy, że ostatni raz jadłem obwarzanka rok temu, a skoro mieszkam już w tym Krakowie, to od czasu do czasu warto zjeść obwarzanka, więc go jem, jest suchy jak chleb dla konia i jest z makiem, jem go siedząc na murku pod makiem, taki dowcip. Kupiłem sobie jeszcze kawę choć wszystkim wmawiam, że już jej nie piję i jestem szczęśliwym człowiekiem, no ale od święta to można być i czasem nieszczęśliwym, ale z kawą. No i tak na zmianę, kawałek czerstwej i zimnej buły, kawa, na dokładkę papieros, po posiłku, na czczo nie wolno, tak mnie uczono i tak trzeba. Dopalam, dopijam i już mam zwijać swój bufet, bo mnie panowie żule przyuważyli, wymiana spojrzeń nastąpiła, nie ma rady, zaraz mnie otoczą, a ja mam dobre serce i dam im te pieniądze, a oni będą pić, a to już nie jest dobre. No i wtedy idzie sobie taki jegomość. Nie wiedzieć dlaczego zwracam na niego uwagę. Chłopaczyna jest na oko moim wieku, taki że to mężczyzna już niby, ale chłopiec jeszcze też trochę. Dobrze ubrany, brązowy płaszcz dobrze skrojony i dopasowany, włosy też dobrze ułożone, spodnie bordowe, przylegające, ale też tak dobrze, nie za bardzo. Gdy sobie tak lustruję to jego odzienie i aparycję, to wtedy on dostrzega kogoś po drugiej stronie ulicy, obok księgarni. Ona też go widzi, więc on przystaje, prostuje się i zaczyna mechanicznie machać ręką. Jest w tym jakiś bliżej nieokreślony majestat, powaga, jakby właśnie stał na szczycie kadłuba wpływającego do portu Titanica, który jakimś cudem jednak nie zatonął, a na lądzie czekają dzieci, stęskniona żona i tak dalej. Ona nieco zdezorientowana, „odmachuje” jakoś tak niepewnie i uśmiecha się nieśmiało, za bardzo nieśmiało, to raczej kwaśny uśmiech, uśmiech niechciany, wymuszony i formalny. Na jej twarzy z sekundy na sekundę rysuje się postępujące zakłopotanie. Ale on konsekwentnie macha dalej, stanowczo, zbyt długo, coś tu nie gra. Ona się w końcu decyduje i idzie w jego stronę, jest coraz bliżej i bliżej. I wtedy on z gracją niesamowitą, jakby ćwiczył ten ruch latami, chowa jeden palec, macha dalej, chowa drugi, chowają się pozostałe. Zostaje tylko środkowy. Ręka zastyga.

– Wiesz co, Mariola? Teraz to się pierdol.

To nie był krzyk, to pierdolenie było majstersztykiem, długie, „r” wymówione perfekcyjnie, język drgał dokładnie tyle razy ile powinien, brzmiał jednocześnie czas teraźniejszy z przeszłym, radość, gorycz, żal, wszystko jak trzeba i w ilości kompletnej, nieprzesadzonej, wszystko zamknięte w jednym słowie. I jeszcze przez ten czas cały, palec środkowy, nieruchomy. Mariola oniemiała, zastygła w bezruchu. On nie czekał na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i tyle go widziałem. Mariola w końcu się ocknęła i ruszyła przed siebie. Śledziłem ją potem jeszcze chwilę. Pierwszym sklepem, do którego skręciła było Intimissimi. Wzięła sobie dziewczyna do serca świąteczne życzenia.

obiecanie

Obieca-nie

Cześć, cześć, ka czy em, lat tyle i tyle, skąd jesteś, co tu robisz, ja też, no tak, chodźmy, nie wiem, może, to tylko czat, nie znam cię, nie chcę poznać, a może chcę, pragnę, potrzebuję, ale po co to wszystko, farsa, udajemy, tralalala.
Rozmowa od początku się nie kleiła. I ja i ona chcieliśmy się rozłączyć i to nas chyba w jakimś stopniu połączyło, a może tak naprawdę nic nas nie złączyło, może było i tak, kogo to obchodzi? W toku bezsensownej wymiany zdań na czacie okazało się, że jest z tego samego miasta. Jakoś to się wszystko tak potoczyło, że niby spontanicznie umówiliśmy się pod makiem. Kurtuazyjnie wprowadziłem ją do środka, udając, że jesteśmy w jednej z najlepszych restauracji. Po prawej siedziała dwójka bezdomnych przelewająca wino do kartonowych kubków po koli. Z lewej strony skacowany dwudziestoileśtamlatek kiwał się na krześle, próbując wytrzeźwieć, a z kolei inny jegomość w czarnym prochowcu liczył przechodniów za oknem, pokazując na każdego z nich wielkim wskazującym paluchem i mamrocząc niezrozumiale pod nosem.

Co jakiś czas do środka wpadała niczym nawałnica otumaniona pijana masa. Otępiałe, głodne spojrzenia, głupkowate przedecybelowane śmiechy, a do tego te biedne panie od kotletów; studentki któregoś tam roku obrzucane łapczywymi spojrzeniami samców, którzy razem z datą ważności stracili już dawno resztki godności.
Zamówiłem dwa powiększone zestawy.

I tak sobie siedzieliśmy. Tacka w tackę, to samo, z pozoru apetyczne jedzenie, którego smaku nie będziesz i tak pamiętał po pięciu następnych minutach. Jeden kęs, drugi, ślina, ślinianki, siekacz, przeżuwanie, przełykanie, łapczywie, raz za razem, szybko, bo wystygnie. To szybkie jedzenie, więc nie można powoli, trzeba już, teraz, ad hoc, raz i dwa – inaczej nic nie poczujesz. I dodatkowo, na deser, nieplanowany substytut, ten zapach zwietrzałego alkoholu i przepoconych ciał. Pyszności.

Ona wyjęła telefon, zaczęła skrolować fejsa.
Ja wyjąłem telefon i zacząłem udawać, że sprawdzam pocztę.
Po co, kurwa, sprawdzać pocztę o 3 w nocy?
Nieważne.
Ważne.
Mniej ważne.
Nic nie jest ważne.
To tylko piksele.

Telefon zamrugał.
* masz jedno nowe powiadomienie.
Adel Ka zaprasza cię do grona znajomych.
Przyjąłem.
Napisała do mnie wiadomość.

I gdzie tne twój intelekt? Zgubiles?
  Wyświetlone 3:03

Nie wiem.
Wyświetlone 3:04

Ja mam wiedzieć?
Wyświetlone 3:04

Nie wiem.
Wyświetlone 3:05

Normalni ludzie rozmawiają ze sobą twarzą w twarz.
Wyświetlone 3:06

Nie jestem normalna. Normalność jest nudan.
Wyświetlone 3:07

Każdy tak mówi, a tak naprawdę wszyscy chcą być normalni.
Wyświetlone 3:08

Może masz rację.
Wyświetlone 3:08

Mam. I wkurwiają mnie Twoje literówki.
Dłuższa pauza.

Zróbmy taki układ. Zrobię coś. Potem Ty zrobisz to samo. I potem zaczniemy rozmawiać. Jak ludzie. Ok?
Wyświetlone 3:15

No nie wiem.
Wyświetlone 3:15

Ale ja wiem.
Wyświetlone 3:15

Patrzyłem się przez chwilę na n i e g o. Kawałek plastiku, wzmocnione szkło, aluminiowe krawędzie. Ładny, stylowy, modny, nienaganny. W sam raz, żeby go utopić. Po chwili wahania wrzuciłem telefon do kubka z kolą. Popatrzyła na mnie z przerażeniem. I wtedy pierwszy raz się odezwała.

– Cccc… co robisz?
– O, to jednak umiesz mówić.
– Yyyy, no tak.
– Wyrzuciłem telefon. Na chuj mi to.

Pokręciła głową z niedowierzaniem. Popatrzyła na smartfona. Znowu coś tam mrugnęło na zielono. Popatrzyła na mnie. Puściłem jej oko.
Poszedłem po drugą kolę.
Długo się wahała. Obracała go w rękach. Włączała, wyłączała. Ręce jej drżały. Skubała nerwowo wargę. Minęło pięć minut i w końcu, w końcu zrobiła dokładnie to samo co ja.

Zasłona rzeczywistości zaczęła się topić. Miliardy wiadomości, zdjęć, filmów, historia wyszukiwania wstydu, zazdrości i fragmentarycznej radości, notatki, kalendarze, aplikacje, odciski esemesów, niewykonane połączenia, niedokończone wiadomości i sterta bezużyteczności.

wymieniliśmy się spojrzeniami
wymieniliśmy się adresami
rozeszliśmy się jak na nowe pokolenie
przystało
obiecała, że napisze
obiecałem, że odpiszę
od kilku lat piszemy
listy, takie normalne
ona jest na emigracji
a ja zostałem tutaj

Co kilka miesięcy wymieniam telefon.
Topię je w kubkach, umywalkach, wyrzucam przez okna z dziesiątego piętra, depczę, skaczę po nich, rozwalam je młotkiem, podgrzewam na patelni.
Obiecaliśmy sobie, że kiedyś nam się uda.
Na razie próbujemy.

Wysłano.
Nie wyświetlono.

Sebastian Bieniek, Double Faced

Zdrowie, przede wszystkim

Ufamy ładnym ludziom. Ładnym ludziom chętnie zapłacimy w supermarkecie, ładnemu człowiekowi chętnie podamy rękę, na ładnych ludzi lubimy patrzeć. Dlatego spędzamy tyle czasu przed lustrem, żeby być ładnym człowiekiem, żeby wszyscy traktowali nas ładnie i z szacunkiem. Problem pojawia się na tym, że tyle tej szpachli nałożyliśmy na swoją pomarszczoną twarz, że tak naprawdę nie wiadomo, co kryje się pod spodem, co jest pod trzecią, czwartą warstwą, może piąta i szósta odsłaniają nieprzyjemne i ostre rybie łuski, a z ósmej sączy się brunatna ropa?
Gdzie jesteśmy sobą, dla kogo jesteśmy sobą, dla kogo jesteśmy mniej ładni, dla kogo jesteśmy w kilku procentach prawdziwi, komu zostawiamy siebie w całości, komu w kawałku, dla kogo możemy się poświęcić, dać obedrzeć, do krwi, do ścięgien i do kości, komu damy możliwość wessania się w nas, do środka, kogo zaprosimy pod podbrzusze i do klatki piersiowej, kto wypełni szyję, pulsujące tętnice, kto wejdzie pod skroń, do głowy, rozsiądzie się wygodnie na chwilę a, potem wpełźnie do mózgu, gdzie znajduje się rdzeń, kogo wpuścimy tam na dłużej i w końcu kogo będziemy chcieli do końca życia uwięzić pomiędzy zwojami?

Jednakże, zauważyć trzeba, że skóra ma ograniczoną rozciągliwość, odporność i limitowane warstwy. Jak już się raz człowieka z tej skóry obedrze, to zajmuje mu sporo czasu na odtworzenie poszczególnych kawałków, człowiek taki zamyka się zwykle na dłuższy czas w pokoju, żeby nie dochodziło światło, tego człowieka słońce razi, parzy, jątrzy, światło rozdrapuje jego świeże strupy, więc taki człowiek czuje się bezpiecznie tylko w ciemności, czuje się dobrze leżąc bezczynie w łóżku, czuje się dobrze poza światem, ogranicza interakcje do prostych fizjologii, jemu, temu człowiekowi, to wystarcza, a mimo to leży skulony i coraz mocniej zaciska palce na poduszce, potem zaciska zęby,  z czasem i zęby mogą zacząć wypadać, a potem zaciskać się będzie już tylko na szyi, ta cienka, niewidoczna nitka, ona wejdzie podskórnie, nie da się jej potem w żaden sposób usunąć, chyba że zdecyduje się ten człowiek na tabletki rozkurczające, to wtedy ta nitka nie przeszkadza przez pewien czas, nie drażni strun głosowych przy przełykaniu i wypowiadaniu słów, ale wtedy trzeba brać i brać i chodzić na specjalne wykłady, podczas których nauczy się od nowa tego biednego człowieka, że można żyć normalnie, nawet z tą pętelką żyłkowatą, ale trzeba ją zaakceptować.

Dlatego z makijażem – jak już wspominałem, drogie panie i panowie – trzeba uważać. Czasem warto zrobić sobie dni wolne od malowania, żeby dać nieco napiętej skórze odpocząć, pooddychać, zdrowie jest bardzo ważne, a przecież wszyscy chcemy być jak najdłużej ładni i zdrowi?

Noc

Droga

Było już na pewno po zmroku, tak zwana martwa godzina w piątek wieczór. Wyciągnął nogi przed siebie, odchylił głowę. Gwiazdy na atramentowym niebie wirowały. Zamknął na chwilę oczy. Wyobrażał sobie jak całe miasto, wszystkie ulice, równoległe, prostopadłe, ślepe, wszystkie te odnogi, zwijają się w jeden kłębek. Bez zastanowienia rzuca włóczką do kosza i wstaje. Chłodne powietrze przepełnia płuca i dusi.  Włóczy nogami, zatacza się. Przystaje. Patrzy na buty, wydają mu się za duże, niepasujące do krajobrazu, zdaje się jakby w nich tonął. Ściąga. Mróz atakuje wszystkie otępiałe zmysły. Ciało zaczyna dygotać, więc zdejmuje marynarkę i koszulę. Biegnie. Potyka się może ze dwa razy. Kamienie ranią stopy, powietrze chłosta na wpół nagie ciało. Upada po raz trzeci. Nie ma siły wstać, ani się czołgać.

Obok klubu stoją ochroniarze i palą papierosa.
Zanoszą się śmiechem.

w progu

W progu

Burza. Jedyna w swoim rodzaju. Światła w całej okolicy zgasły, wiatr przewracał śmietniki, zrywał kable, wyginał drzewa i wdzierał się do środka dając złowrogi koncert. Siedziałem na parapecie, bezpiecznie obserwując nieprzewidywalną naturę; tę samą, która potrafi zachwycić, olśnić i poprawić samopoczucie, a z drugiej strony wpędzić w depresję, przerazić albo zabić.

Na stole leżała sterta niewyprasowanych ciuchów. W kącie pety wysypywały się z popielniczki. Obok łóżka wegetowały brudne naczynia. Zaschnięty makaron, opakowania po czipsach, puszki, kubki i tak dalej. Cały czas grzmociło i błyskało, więc te obrazy intymnego chaosu – mimo wszystko – trafiały do głowy i robiły w niej jeszcze większy nieporządek. Poszedłem do kuchni i napiłem się wody z kranu. Wziąłem miotłę, zgarnąłem cały syf, wrzuciłem do worka i od razu poczułem się lepiej.
Ktoś zapukał do drzwi.

– Czy zechciałbyś porozmawiać o Bogu?
Popatrzyłem na mojego niespodziewanego gościa. Był przemoczony, w ręku miał ulotki Świadków Jehowych. Cały dygotał z zimna. Jego twarz była przerażająco zwykła.
– Wejdź, napijmy się kawy. Na lewo jest łazienka, osusz się. Ręczniki znajdziesz w szawce pod zlewem.

Suszył i suszył te włosy. W końcu wyszedł.

– Bardzo dobra kawa. Dziękuję.
– Proszę bardzo.

Zapadła niezręczna cisza, sobie tak siedzieliśmy przy świecy, której płomień rzucał niespokojne światło. Odpaliłem papierosa, chciałem go poczęstować, ale odmówił.

– Przytulne mieszkanie – odezwał się po pięciu minutach.
– Naprawdę? Płacę za nie grosze. Dwa lata temu gość w tej kuchni zadźgał swoją żonę, takim nożem jak tamten – wskazałem palcem. – Przebił ją na wylot, a potem podciął sobie żyły.
– Aha.
– Nie zapytasz, dlaczego?
– Dlaczego?
– Myślał, że jest bezpłodna. Bardzo chciał mieć dziecko. Starali się długo, no ale nie wyszło.
– Smutne.
– Smutny to może być deszcz za oknem. Powiem ci coś jeszcze. Jak ją tak kłuł tym nożem, to zabił też dziecko. Była w ciąży. Więc co masz mi do powiedzenia o tym Bogu, którego zostawiłeś przed progiem moich drzwi?
Burza przycichła. Wiatr ustał. Lało. Mocniej. Ściana deszczu.

Wyszedł.