22
kwi

Internetowi grabarze literatury

   Autor: Wiktor Orzeł   Kategoria: Publicystyka

Lubię książki. Ale nie robię z tego religii.

Z pewnym rozbawieniem – a z czasem – lekkim zażenowaniem obserwuję jak prosperują niektóre* strony na Facebooku, które z założenia mają promować literaturę.  Sama idea wydaje się być słuszna, jednak na dłuższą metę twórcom kończą się pomysły.

Jeśli myślicie, że przeczytacie ciekawy cytat, dowiecie się czegoś interesującego o danym pisarzu, to musicie uzbroić się w cierpliwość. Będziecie codziennie bombardowani obrazkami z cyklu „jak mieć fajną bliblioteczkę”. Czyli wszelkiego rodzaju regały, kolczyki w kształcie książek i masa demotywatorów wszelakiej maści, która podbuduje wasze ego i utwierdzi w przekonaniu, że stoicie po jedynej, słusznej stronie mocy.

Tym samym efekt jest odwrotny od zamierzonego. Zamiast popularyzować słowo pisane, dostajemy masę obrazów. Czytanki z ilustracjami to się czyta raczej w podstawówce…

Całokształt doskonale może podsumować jakże błyskotliwa akcja „Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka”.  Niestety przypomina to zbiorową masturbacje nad faktem, że od czasu do czasu ma się w ręku książkę.  Smutne, co ?

Nie mam zamiaru podawać nazw tych stron z prostej przyczyny - nie zasługują na 
reklamę.





						

Tagi: ,

16
sty

Sztuka za darmo

   Autor: Wiktor Orzeł   Kategoria: Dramat, Groteska, Jednoaktówka, Komedia, Tatr absurdu

Osoby:

KASJER – pracownik księgarni
AMELIA – przyjaciółka kasjera
ROBOTNIK – pracownik huty im. Lenina
PANI INTELIGENTNA – dama z wyższych sfer
NIEWIDOMY
ANGIELSKI TURYSTA
POLICJANT NUMER JEDEN
POLICJANT NUMER DWA
MŚCICIEL

AKT PIERWSZY I OSTATNI
Księgarnia „Pod staromodnym kałamarzem”


Księgarnia. Duże, przeszklone pomieszczenie z wieloma zaułkami, księgozbiory posortowane tematycznie. Regały wysokie, obok drabinki na kółkach. Wysoka lada, a za nią kasjer. Na suficie migocze niewyraźnie jarzeniówka.

ROBOTNIK
Dzień dobry. Ja po Szekspira.

KASJER
Szekspir już nie żyje, proszę szanownego pana.

ROBOTNIK
Ale mnie kazano coś przeczytać. Takie polecenie ze związku zawodowego, rozumie Pan?

KASJER
Czyli dokształcają was?

ROBOTNIK
Tak. Polecenie odgórne.

KASJER
Szekspir jest w dziale Dramaty. Proszę coś wybrać, jest tego trochę.

ROBOTNIK
Niech pan wybierze. Byleby był gruby.

KASJER
Gruby?

ROBOTNIK
No, ten Szekspir.

KASJER
Pan myli pojęcia.

ROBOTNIK
A pan stoi za kasą.

KASJER
Tak.

ROBOTNIK
Więc niech mi Pan da w końcu tego Szekspira!

KASJER ironicznie
Klient nasz pan!
Idzie w głąb księgarni.

Do pomieszczenia wchodzi Pani Inteligentna. Przesadzony makijaż, staromodny kapelusz i zbyt kunsztowna biżuteria. Do tego sposób poruszania się przypominający nieco kaczy chód. 

PANI INTELIGENTNA do Robotnika
Pan tu sprzedaje?

ROBOTNIK poirytowany
A wyglądam na takiego?

PANI INTELIGENTNA dumnie
A to dzisiaj, żeby sprzedawać, trzeba wyglądać?

ROBOTNIK
Pracuję w hucie im. Lenina.

PANI INTELIGENTNA zdziwiona
To co pan robi w tym miejscu?!

ROBOTNIK tryumfalnie
Przyszedłem po Szekspira!

PANI INTELIGENTNA do siebie
Się biedak chyba w grobie przewraca…

ROBOTNIK nadal dumnie
I będę czytał! To moja druga książka po Alicji w Krainie Czarów.

PANI INTELIGENTNA
Gratuluję panu.

Przychodzi Kasjer. Ciągnie za sobą wózek pełen książek. Na samym szczycie chwieje się opasłe tomisko Szekspir – dzieła zebrane. 

ROBOTNIK
Dłużej się nie dało? I co znalazł pan odpowiednio grubego?

KASJER ignoruje Robotnika, do Pani inteligentnej
A Pani czego sobie życzy?

ROBOTNIK zdenerwowany
To ja wezmę najgrubszego.

KASJER
Dwieście złotych i dwadzieścia groszy.

ROBOTNIK
Nie mam dwudziestu groszy.

KASJER
Nie ma Pan Szekspira.

ROBOTNIK opryskliwie
Jeszcze tu wrócę. Do widzenia!
Klnie pod nosem i wychodzi.

KASJER
W końcu ta hołota wyszła! Sztuki wyższej się zachciało! Rowy kopać, a nie literaturę czytać!

PANI INTELIGENTNA rozanielona
Święta prawda. W tych małych główkach im się przewraca od tego Marksa!

KASJER wesoło
A Pani też po Szekspira?
Śmieje się.

PANI INTELIGENTNA
No wie Pan! Szekspira to ja na pamięć znam. Wszystko!

KASJER ironicznie
Podziwiam, podziwiam…

PANI INTELIGENTNA ledwie słyszalnym głosem
Macie tutaj coś Jane Austen?

KASJER
Oczywiście. Na prawo jest kategoria romanse.

PANI INTELIGENTNA rumieni się
Dziękuję Panu.
Oddala się.

Do księgarni wchodzi Amelia. Ostre rysy twarzy, włosy spięte w kok, gustowna matowa szminka i buty na wysokim obcasie. 

AMELIA filuternie
Cześć Adamie! Jak Ci dzisiaj dzień mija w pracy?
Opiera się o uwodzicielsko o ladę.

KASJER
Jak zawsze. Masa dziwolągów się przewija. Dzisiaj na przykład przyszedł robotnik, który chciał koniecznie kupić „najgrubszego” Szekspira. Świat się pomylił!

AMELIA
To chyba dobrze, że lud czyta?

KASJER
Może i dobrze…

AMELIA
Pójdziemy dzisiaj do teatru? Grają Otella.

KASJER
Kochanie dzisiaj jest mecz. Derby Hiszpanii! Czemu akurat dzisiaj musimy iść do teatru?!

AMELIA
Ty i te twoje mecze. W takim razie pójdę sama.

KASJER od niechcenia
No dobrze, pójdę z tobą.

AMELIA ze złością
Jeszcze mi łaskę będziesz robił! Miłego dnia!
Macha ostentacyjnie ręką i wychodzi. W drzwiach mija się z Angielskim Turystą. W ręku ma przewodnik po Krakowie, na plecach duży plecak a przez ramię przewieszony aparat fotograficzny. Głowę zdobi mu słomiany kapelusz. 

ANGIELSKI TURYSTA
Dżeń dopły.

KASJER rozpoznał cudzoziemca
How can I help you?

ANGIELSKI TURYSTA
Ja mówić po polska troche.

KASJER
Dobrze, w takim razie, w czym mogę służyć?

ANGIELSKI TURYSTA
Ja nie sługa. Ja Tourist.

KASJER cicho
Kurwa mać…

ANGIELSKI TURYSTA
Gdzie kurwa? Ja szukać właśnie kurwa.

KASJER rozbawiony
Dwie przecznice dalej, to nie burdel, to księgarnia!

ANGIELSKI TURYSTA
Dziekuje!

KASJER pod nosem
Paszoł won!

ANGIELSKI TURYSTA
I don’t understand.

KASJER
Nervermind. Go fast, Kurwy are waiting!

ANGIELSKI TURYSTA
True, True! Thank you very much!
Wybiega.

Kasjer chwilę się nudzi. Kartkuje bez większego zastanowienia „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Ma ochotę się zdrzemnąć. Kiedy przymyka oczy zza sceny słychać szarpanie klamki i przekleństwa.

KASJER
Kogo tu znowu licho niesie?

NIEWIDOMY szarpiąc drzwi
Co to znowu za ustrojstwo! Księgarnia zamknięta o 12! W dupach się przewraca od tego dobrobytu!

KASJER podchodzi do Niewidomego
Obok jest wejście. Czy pan jest ślepy?

NIEWIODMY
Tak!

KASJER niewzruszony
Acha. To przepraszam. Tylko, czego pan szuka księgarni, skoro jest pan ślepy?

NIEWIDOMY
Jest Pan nieuprzejmy. Nie macie książek pisanych Braillem albo audiobooków?

KASJER
Coś się znajdzie.

NIEWIDOMY
To zejdź mi z drogi gówniarzu i mnie łaskawie obsłuż! Patrzcie go jaki grzeczny!
Kasjer wraca na stanowisko. Jest wyraźnie poirytowany.

KASJER
To co chciałby pan kupić?

NIEWIODMY
Wasza księgarnia śmierdzi. Nie ma tutaj żadnej pasji.

KASJER
Słucham?

NIEWIODMY
Słucha a nie słyszy.

KASJER
Mam pana wyprosić?

NIEWIDOMY
Gdybyś wiedział z kim masz do czynienia, nie byłbyś taki chyży młodzieńcze.

KASJER krzyczy
Mam dość pana, tej pracy, tej zasranej księgarni i tych zasranych ludzi! Albo Pan coś kupuje albo zaraz wyjdę z siebie i sprzedam panu kopa w dupę!

NIEWIDOMY
Ślepego będziesz pan bił?

KASJER
Zaraz będziesz ślepy i kulawy!

NIEWIDOMY
A uspokój się już. Dostałeś ciepłą posadkę to wykonuj co do ciebie należy. Chciałem kupić Biblię. Najlepiej audiobooka.

KASJER
Nie sprzedajemy biblii.

NIEWIODMY
A to dlaczego?

KASJER
Władza zabrania.

Niewidomy
Która?

KASJER
Obecna.

NIEWIDOMY
Nie znajdzie się coś pod ladą? Dołożę do ceny dodatkowe pięćdziesiąt złotych. Kupi pan żonie kwiatka.

KASJER schyla się i wyjmuje opakowanie z płytą
Razem będzie sto pięćdziesiąt złotych.

W momencie gdy Niewidomy szuka pieniędzy do Księgarni wchodzi Robotnik z obstawą. Dwaj mundurowi, ubrani w brunatne uniformy. Na czapkach lśni bliżej niesprecyzowane godło państwowe. Robotnik ma przewieszony przez ramię kilof, a na sobie pobrudzoną koszulę i spodnie.

Robotnik wskazuje palcem na Kasjera i mówi do policjantów
To on! Obraża lud robotniczy, i o widzicie! Sprzedaje zakazaną księgę! Aresztujcie go!

KASJER obojętnie
To nie książka tylko płyta CD.

POLICJANT NUMER JEDEN do Kasjera
Czy to prawda młodzieńcze?

KASJER
Tak to prawda.

POLICJANT NUMER DWA
Nie ma pan nic na swoją obronę?

KASJER
Niech was diabli!

POLICJANT NUMER JEDEN
Musimy pana aresztować.

POLICJANT NUMER DWA
Właśnie. Co pan na to.

KASJER
Na co czekacie?

POLICJANT NUMER JEDEN skonfundowany
Ale pan się nie broni, przecież to nielogiczne.

POLICJANT NUMER DWA
Właśnie. Bez sensu.

NIEWIDOMY do policjantów
Jesteście jeszcze głupsi niż on.

POLICJANCI jednogłośnie
A Pan kto?

NIEWIDOMY
Jestem ślepy.

POLICJANT NUMER JEDEN
I co z tego wynika?

NIEWIDOMY
Że mam was w dupie.

POLICJANT NUMER JEDEN
Pan też chce iść do więzienia?

NIEWIDOMY
Pewnie. Tam jest przynajmniej ciepło.

POLICJANT NUMER DWA całkowicie zbity z tropu
Dziwna sprawa!

ROBOTNIK krzyczy
Opamiętajcie się! Macie aresztować tego sprzedawczyka za czyn niedozwolony! Sprzedaż zakazanej księgi, obraza ludu robotniczego!

POLICJANT NUMER DWA do Robotnika
A może Pana wsadzimy do więzienia? Bo pan nie chce.

POLICJANT NUMER JEDEN do towarzysza
To świetny pomysł!

ROBOTNIK gestykuluje gwałtownie
Oszaleli!

Robotnik próbuje zdzielić jednego z policjantów kilofem, ale ci szybko go obezwładniają. Stróże prawa wychodzą razem szamoczącym się Robotnikiem. Zza regałów wyłania się sylwetka Pani Inteligentnej. Niesie ze sobą wybrane książki.

PANI INTELIGENTNA wyniośle
Cóż to za raban? Podniesione głosy?! Przecież to księgarnia, a nie jarmark Europa!

KASJER
O pani. Myślałem, że pani przepadła.

PANI INTELIGENTNA
No wie Pan?!

NIEWIDOMY do kasjera
A to co znowu za kwoka?

KASJER żartobliwie do Niewidomego
Dama z wyższych sfer. Zaczytuje się w drobnomieszczańskich romansidłach.
Śmieją się.

PANI INTELIGENTNA oburzona
Cóż za czasy! Niewychowany motłoch! Nawet książki nie można spokojnie kupić! A potem piszą w gazetach, że teatry puste! Przecież to skandaliczne!

KASJER
Pani zapewne chadza to teatrów. Tyle, że nic co tam zobaczy, zapewne nie rozumie.

NIEWIDOMY
Słusznie pan prawi, Panie. Takie dewoty powinny w cyrku występować.

PANI INTELIGENTNA
Poskarżę się na pana na policję.

KASJER
Policja już tu była. Szkoda, że buszowała pani z wypiekami na twarzy pośród harlekinów. Może zawinęliby Panią razem z tym robotnikiem. Chociaż prawdę mówiąc on przynajmniej pracuje, robi coś pożytecznego. A Pani tylko wygląda jak eksponat muzealny i psuje powietrze.

PANI INTELIGENTNA wielce oburzona
Dość tego! Idę na komisariat!

NIEWIDOMY szczerząc zęby
A może lepiej do psychoanalityka?

PANI INTELIGENTNA
Spieprzaj dziadu!
Ostentacyjnie wychodzi i trzaska drzwiami.

NIEWIDOMY
Nie myślałem, że wyjście do księgarni sprawi mi tyle radości. Dziękuję Panu.

KASJER
Do usług! Zapraszam Ponownie!

Kasjer rozpiera się wygodnie na krześle, wyciąga papierosa i pali zamyślony. Ciszę znowu przerywa trzask księgarnianych drzwi.

MŚCICIEL
Dzień dobry. Przyszedłem Pana zabić. To rozkaz.

KASJER beznamiętnie
Ciekawe. Zastrzeli Pan mnie?

MŚCICIEL poważnie
Nie, mam pana udusić, takie polecenie.

KASJER
A jak się będę bronił?

MŚCICIEL
Nie może Pan i już. Wola robotnicza, z nią się zawsze zgadzać trzeba.

KASJER

Dobrze, proszę zatem oszczędzić sobie formalności i przejść do rzeczy.

Nieznajomy podchodzi i zaczyna dusić Kasjera. Wtedy ten wyciąga z kieszeni podręczny nóż i rani w brzuch nieznajomego.

MŚCICIEL krztusi się krwią

Nie tak to miało wyglądać, Pan nie miał prawa się bronić…

KASJER

Życie to karuzela. Wypadłeś z krzesełka kochasiu. Ale pasujesz do tej sztuki. Będziesz się ładnie komponował martwy. Do zakończenia brakowało nam właśnie jednego trupa.

MŚCICIEL
Cieszę się, że moja śmierć nie idzie na marne.

KASJER
A teraz umieraj. I wszyscy będą zadowoleni.

Mściciel umarł.

KONIEC.

Tagi: , ,

12
gru

Ah

   Autor: Wiktor Orzeł   Kategoria: Newsy

Polecam tę krótką animację. Muzykę wykonał mój brat ;-)

Tagi: , ,

4
gru

Kokon

   Autor: Wiktor Orzeł   Kategoria: Groteska, Inne, Miniatury, Proza

Zdzisław Beksiński

Zdzisław Beksiński

Tlę się nad ranem jak zaprószony ogień. Niby leniwie, jednostajnie, ale żarliwie i ochoczo. W moim pokoju nie ma kolorowych obrazków. Kilka pocztówek bezwiednie przyklejonych do ściany. Na każdej z nich zawsze zjawiają się enigmatyczne postacie. Z lewej strony patrzy na mnie oko, łypie, zdaje się mrugać. Aż się boję obrócić za siebie, cóż tam może być?

A tam nic.

Więc mówię, do oka, że mnie tym razem nie nabrało. Oko jakby zamiera. Skoro zamiera, to ja ożywam. Szybko się ubieram, wychodzę. A na ulicy kokony. Stoją na przystanku, palą papierosy, może niektórzy próbują się odzywać. Ale to wszystko pantomima, pozory, tak naprawdę są zniewoleni, wiecznie niegotowi.

Że ja niby lepszy?

Gdzieżby. Też mam swoje Alcatraz. Tyle, że od czasu do czasu zdaję sobie z niego sprawę. Że mnie otacza, więzi, ogranicza. Oni nie. Chyba, że udają?

To całkiem możliwe.

Idę dalej. Spotykam dziwacznego kokona. Niesie transparent takiej treści: „Katoliku, czy byłeś już na roratach? Czy jesteś gotowy na sąd ostateczny?”. Ten sąd to ja widziałem w jej oczach. Sądziła każdego napotkanego. Uciekłem.

Nie wiem czy mnie widziała

Teraz przechadzam się po cmentarzysku. Z tych oprzędów nigdy nic się już nie wykluje. Błagają o grosze na piwko i wódę. Codziennie wracają z tego samego koncertu. A Potem chleją. Do nieprzytomności, żeby znowu iść w cug.

Martwi ludzie.

A ja jeszcze żyję. Wychodzę na polanę. Tutaj nie ma ludzi – i jest cudnie.

Tagi: , ,

Pewnego dnia przyszedł do mnie... - Mariusz Wieteska

Historia utraconej wielkości

Niektóre symbole mają jasno sprecyzowane konotacje, odczytywane niemal jednoznacznie przez konkretne zbiorowości. Tak jest ze wszelkiego rodzaju mitami, podaniami czy tekstami uważanymi za natchnione.

Mariusz Wieteska chce przekroczyć rubikon utrwalonych stereotypów i ukazać znane wydarzenia z zupełnie innej perspektywy. Poznajemy bohaterów, którzy występują w dwóch alternatywnych rzeczywistościach. Jedną z nich jest Barcelona, miasto silnie naznaczone przez religię, a jednocześnie zaciekle z nią walczące. W części drugiej udajemy się do Judei. Bohaterami książki są Maria, Józef, Christian i Magdalena. Brzmi znajomo?

Powieściowe postaci są silnie zindywidualizowane i jednocześnie uniwersalne. Bohaterowie tak silnie naznaczeni świętością, zdogmatyzowani, są w książce odarci niemal całkowicie z szaty niezwykłości. Proces desakralizacji ich postaw nie jest jednoznaczny. Jezus to postać z krwi i kości, Maria troskliwą matką, która nie chce zadowalać się oglądaniem „Pleców Boga”, a Maria Magdalena, jak na pannę lekkich obyczajów przystało również nie próżnuje.

Rzeczywistości wykreowane przez pisarza przenikają się. Mit łączy się z faktami, racjonalizm z wiarą. Ukazanie tych procesów jest mgliste i tylko od czytelnika zależy w jaki sposób spróbuje połączyć brakujące elementy układanki.

Pewnego dnia przyszedł do mnie… to jedna z tych książek, która stawia pytania ale nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Wymaga od czytelnika czegoś więcej niż czytanie na pokaz, tylko po to, żeby odłożyć powieść na dobrze widoczną przez znajomych półkę czy Facebookową tablicę.

Kto zna poprzednie utwory Mariusza Wieteski ten zdążył przyzwyczaić się już do stylu pisania tego autora. Język jest dosadny, często wulgarny i naturalistyczny. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wada. Na szczęście Pewnego dnia przyszedł do mnie…, nie jest lekturą dla każdego i nie próbuje taką być. To literatura odważna, których na rynku jest spory niedosyt

Autor: Mariusz Wieteska
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura współczesna polska
Rok pierwszego wydania: 2011

Tagi: , , , ,

Rozstanie, reż. Ashar Farhadi

Rozstanie, reż. Asghar Farhadi

W świecie coraz szybszym, agresywniejszym i coraz bardziej kolorowym, jest tyle samo nieszczęść, co sto lat temu. Z tą różnicą, że wtedy nie było metra, samolotów i superszybkich komputerów. Ludzkość nadal boryka się z tymi samymi problemami, co ich przodkowie.

Oczywiście mamy efekt pozornego dobrobytu, w postaci jaskrawych reklam proszku do prania i zawsze białych koszul, zawsze zielonej trawy i wiecznie lśniących zębów. To jednak tylko pozory, które skrywają tę samą, odwieczną tajemnicę ludzkiej egzystencji. Jedną z tych tajemnic jest cierpienie. Nasze czasy wyróżnia „tylko” i aż to, że mamy odrobinę więcej techniki.

Tytuł „Rozstanie” pewnie niewiele mówi przeciętnemu, masowemu odbiorcy. Nie znajdziemy tam fajerwerków, patetycznej muzyki wyciskającej łzy, czy brawurowych pościgów rodem z Hollywood. Myślę, że niewielkim nadużyciem semantycznym będzie nazwanie dzieła Asghara Farhada kinem spokojnym. Spokojnym, czyli takim, gdzie widz obserwuje i ma czas na wyciąganie wniosków. Nikt go nie goni, nie uderzają go spazmatyczne bodźce, nie musi zakładać specjalnych okularów 3D. Widz ogląda i widz myśli.

Niestety, z interaktywności kina, polegającej na inteligentnym odbiorze w mainstremowym kinie, systematycznie się odchodzi. Na typowym rozrywkowym filmie możemy przespać dziesięć, piętnaście minut i tak naprawdę, nic to nie zmieni.

Wróćmy jednak do meritum. „Rozstanie” opowiada historię dwóch małżeństw.  Nadar(Peyman Moaadi), pierwszoplanowy bohater filmu, rozstaje się ze swoją żoną Simin(Leila Hatami), która próbowała wymusić na nim decyzje wyjazdu z kraju, grożąc rozwodem. Nadar nie przyjął tego ultimatum i uniósł się honorem, tłumacząc, że ma na głowie ciężko chorego ojca(Ali-Asghar-Shahbazi), który cierpi na Alzhaimera, a także dorastającą córkę. Na skutek tych wydarzeń, Nadar jest zmuszony zatrudnić opiekunkę, która zajmie się schorowanym ojcem, podczas gdy on pracuje. Jak się później okazuje, ta decyzja umotywuje cały dalszy przebieg fabularny filmu.

Gdy wraca, drugiego dnia od zatrudnienia kobiety, jego ojciec leży przywiązany do łóżka i ledwo oddycha. Zdenerwowany Nadar, gdy tylko widzi opiekunkę wyrzuca ją za drzwi, wcześniej oskarżając o kradzież pieniędzy.

Asghar porusza bardzo ważny temat odpowiedzialności. W dzisiejszych czasach uwielbiamy oczyszczać się jakiejkolwiek winy. Zwalamy na polityków(których notabene sami wybieramy), pogodę, zły kurs franka czy globalne ocieplenie. Może te barwy są nieco przesycone, ale według mnie świadomość odpowiedzialności za siebie, jako jednostkę, jest systematycznie marginalizowana. „Rozstanie” porusza ten temat dosadnie i bezwzględnie. Izraelski reżyser pokazuje, że każdy nasz wybór niesie za sobą konkretne skutki. W filmie śledzimy nieustającą walkę. Na ostrzu noża postawiony jest honor rodziny Nadara, który oskarżony jest o spowodowanie śmierci dziecka, które nosiła w sobie opiekunka. Pojawiają się oskarżenia, Nadar zostaje wezwany przez sąd.

Pośród natłoku zdarzeń rodzice często zapominają o swoim dziecku. Nadar sprytnie posługuje się córką, aby odzyskać żonę. Tak naprawdę nie wieży do końca w to, że Simin od niego odeszła. Jednak w wirze tych oskarżeń, wybuchów złości, córka zostaje często zapomniana, stoi z boku, czasami płacze. Jest postawiona między młotem a kowadłem, a przede wszystkim wymaga się od niej nieproporcjonalnie dużo jak na jej wiek.

Dzieło filmowe Irańskiego reżysera oprócz problematyki cierpienia i odpowiedzialności porusza także tematykę wyboru. Czy jesteśmy w stanie wybrać mniejsze zło? Czy kłamstwo w dobrej mierze może być usprawiedliwione? I czy nasza godność jest na sprzedaż? Te wszystkie pytania brzmią dumnie, może trochę przesadnie i szkolnie. W „Rozstaniu” nie znajdziemy gotowych odpowiedzi i akademickich morałów. Wybór pozostawiony jest dla widza, do jego interpretacji.

Dramat zwraca na siebie uwagę także montażem i pewnego rodzaju minimalizmem. Przez całe dwie godziny nie usłyszymy prawie ani jednej melodii. Asghar przedstawia życie takim jakiej jest. Szumy samochodów nie są tłumione, miasto żyje swoim życiem, jakby nie zauważając kamery. Ujęcia są często luźne i niestatyczne, przez co obraz w oczach widza zyskuje na autentyczności. Najbardziej przejmująca jest cisza. Bohaterka krzyczy, trzaska drzwiami. Koniec sceny. Nie mamy żadnego wzmacniacza, żadnych dodatkowych bodźców, które mają u nas wywołać konkretne emocje. Można powiedzieć, ze dostajemy swego rodzaju surówkę, obraz na wskroś realistyczny. W filmie nie „gra” technika tylko aktorzy. Ich mimika, emfaza i gestykulacja komunikują odbiorcy wystarczającą ilość emocji i reżyser uznał, że nie należy potęgować efektu dramatyzmu dodatkowymi wspomagaczami.

Zapewne, dla kogoś sposób ujęcia tematu przez reżysera „Rozstania” może być wadą, a nie zaletą. Moim zdaniem w dzisiejszych repertuarach brakuje takich filmów jak „Rozstanie”. Filmów, gdzie bohaterami nie są supermeni, księżne, czy roboty, tylko filmów, gdzie bohaterowie grają bliskie nam role, z którymi możemy się utożsamiać. Portrety psychologicznie postaci w „Rozstaniu” zostały nakreślone perfekcyjnie. Każda postać niesie ze sobą jakieś emocje a żadna z nich nie wydaje nam się do końca negatywna. W filmie zdecydowanie brakuje postaci czarno białych, są tylko szare. Ale czy właśnie, nie tak wygląda nasze życie?

Utwór filmowy „Rozstanie” to dzieło specyficzne i otwarte. Łączy elementy dramatu z thrillerem. Jedyną wadą, która może odstraszać widza, to niektóre przydługawe ujęcia. Dla jednego widza będzie to zaleta, dla drugiego wada. Czy w filmie jest więcej plusów niż minusów zależy od podejścia do kina odbiorcy. „Rozstanie” nie jest obrazem umasowionym, dlatego nie można łatwo wskazać, czy po seansie więcej będzie entuzjastów czy sceptyków.

Tagi: , , , , ,

13
mar

Opowiem wam historię cz. 2

   Autor: Wiktor Orzeł   Kategoria: Opowiadanie, Proza

Musiałem zapalić. Otworzyłem szeroko okno w drugim pokoju. W pomieszczeniu obok ułożyłem dziewczynę, która nadal była nieprzytomna.
Z jednej strony czułem ulgę, że nie zawahałem się nawet na chwilę w swym zbrodniczym, aczkolwiek według mnie koniecznym czynie, z drugiej zaś strony mnożyły się dylematy.
Jeśli zabiłem, będą mnie szukać, jeśli nie zabiłem i tak będą mnie szukać – i w końcu – jej też będą szukać. Nerwowo wypuszczałem dym i nawet nie zorientowałem się, że za wszelką cenę chcę zaciągnąć się filtrem. Mnożyłem kolejne pytania, które zdawały się trafiać w mój mózg jak kanonada z karabinu maszynowego. Czy ktoś mnie widział? Czy ktoś widział mnie i ją? Może już jedzie tu policja? Ile będę siedzieć? Jak mnie nie znajdą, to jak długo będę w stanie z tym żyć?

W końcu usiadłem na krześle i przyjrzałem się dokładnie narzędziu zbrodni. Patrząc na głębokość zakrwawionego, chropowatego szpikulca, stwierdziłem, że ofiara nie miała żadnych szans na przeżycie. Ostre zakończenie wbiło się co najmniej na półtorej centymetra w potylicę, odcinając przy tym połączenia nerwowe. Nawet gdyby jakimś cudem zaraz po uderzeniu przeżył, to jeśli zaraz nie nadeszła pomoc, krwotok mózgu przekreślał jego jakiekolwiek szanse.

Przyglądałem się jak śpi. Jej wątłe ciało unosiło się podczas miarowych oddechów, czasami przechodził przez nie nerwowy dreszcz. Otulona szczelnie kocem, zacisnęła mocno palce na materiale, starając się jakby odgrodzić nim od reszty świata.

***

Nazajutrz wstałem o świcie i pierwsze co zrobiłem, to udałem się do jej pokoju. Miałem ukrytą nadzieję, że to był tylko zły sen i nikogo tam nie zastanę.
Zamiast na łóżku, siedziała w kącie pokoju. Przebudziła się i spojrzała na mnie badawczo. Wyglądała jak szczenię, zapędzone w kąt przez drapieżnika.

- Chcesz coś do zjedzenia? – spytałem. Pokiwała przecząco głową.
- A do picia?
- Herbatę.

Po chwili wróciłem z gorącym napojem i herbatnikami. Przyglądałem się jak ostrożnie pije napój i gryzie herbatniki, trzymając je jak coś najdelikatniejszego i najcenniejszego na świecie. Nieco zmieszany, zakomunikowałem, że będę u siebie w pokoju i jakby czegoś potrzebowała niech mi da znać. Oczywiście to wszystko może zabrzmieć jak wiadomość nadana przez megafon na stacji PKP. Prawdę mówiąc nic nie działo się zgodnie z planem. Może powinienem przy niej siąść, pocieszyć, zrobić coś, co jak myślę, zrobiłby normalny człowiek na moim miejscu?!

Starałem się skupić na pracy. Mimo, że miałem do przeredagowania zaledwie kilka dość krótkich tekstów, wyłapywanie błędów szło mi bardzo opornie. Zawsze znajdowałem chwilę, aby zerknąć do Internetu, żeby sprawdzić, czy aby jakiś pismak nie zdążył już zamieścić sensacyjnej informacji. Nie musiałem długo szukać. Przeglądając setny już chyba raz tego dnia lokalny dziennik internetowy „Fabianice News”, w zakładce wydarzenia straszył już pogrubiony, złowieszczy tytuł: „Morderstwo w Kombinacie”.
Długo wahałem się, żeby kliknąć w link. Kiedy już zdecydowałem, zobaczyłem krótką notkę dotyczącą wypadku, kilka niewyraźnych zdjęć z miejsca zbrodni i lakoniczną wypowiedź funkcjonariusza Policji. Najciekawsze jednak były komentarze internautów. Nie muszę chyba przytaczać słów i życzeń kierowanych w moją stronę? Pospiesznie zamknąłem laptopa.
Nagle poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu. Odskoczyłem gwałtownie.

- Nie chciałam przeszkadzać – szepnęła zlęknionym głosem. – Myślę, że powinnam udać się na policję.
- I powiesz im o mnie?
- Czemu miałabym to robić?

Wierzyłem jej. Może byłem naiwny, ale cóż innego mogłem zrobić? Zamknąć ją w domu jak w klatce i nie wypuszczać? Dziwiłem się tylko, że tak prędko jest w stanie złożyć zeznania. Mimo wszystko nie miałem nic do gadania i wróciłem do swojego pokoju, nie odzywając się więcej słowem.

***

Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Zerwałem się z łóżka i ostrożnie zerknąłem przez judasza. Na korytarzu stało dwóch dziwnie wyglądających osobników w tweedowych płaszczach. Rozglądali się niecierpliwie.
- Kto tam? – spytałem niepewnie.
- Policja

W tym momencie na szczęście się obudziłem się naprawdę. Zimny pot wystąpił mi na czoło, a serce desperacko pragnęło wyskoczyć z klatki piersiowej, dudniąc niczym dzwon kościelny. Myślałem, że takie sny mają miejsce tylko w filmach i tandetnych kryminałach. Gdy już się nieco uspokoiłem, stwierdziłem, że pora wychylić łeb z króliczej nory i w końcu oswoić się na nowo z rzeczywistością. Przynajmniej spróbować.

Mieszkałem w mieścinie liczącej około dwudziestu tysięcy mieszkańców. Mój dom ulokowany jest na obrzeżach. Wyboista, stale łatana droga, przytłaczający swoim majestatem stary las, niczym tolkienowski Fangorn i przystanek autobusowy po drugiej stronie ulicy. Egzystowałem tutaj dość spokojnie, prowadząc żywot samotnika i przeplatając go dość często regularnymi wędrówkami, do moich ulubionych małych klubików, knajp czy tanich jadłodajni.

Tak też, dość monotonnie i przewidywalnie toczyło się moje życie. Może nie miałem niebotycznych aspiracji, może byłem zwykłym szarym człowiekiem bez większych ambicji, ale żyło mi się całkiem dobrze.

Rodzice zawsze powtarzali, że z moimi humanistycznymi predyspozycjami nic znaczącego w życiu nie osiągnę. Na ich nieszczęście przeliczyli się. Zaraz po skończonych studiach dość szybko uzyskałem płynność finansową, co pozwoliło na kredyt, kupno samodzielnego mieszkania i upragnione odseparowanie się od rodziny. Czasami mnie odwiedzają. Mama zawsze się wtedy uśmiecha, przynosi coś do zjedzenia, a ojciec tylko kręci głową i mówi, że jestem dziwak, że mieszkam sam, że to nienormalne.

Wszedłem do kawiarni „Alter Ego”. Rozsiadłem się na fotelu mającym wygodne, skórzane obicia i otworzyłem nową paczkę „Bondów”. Za ladą leniwie i ospale kręciły się dwie kelnerki i minęło dobrych kilka minut zanim przyniesiono mi kawę. Uprzejmie poprosiłem o popielniczkę. Młoda blondynka rzuciła na mnie jedno z tych spojrzeń, które wyraźnie wskazuje na to, że nie jestem tutaj mile widziany.
Siedząc samotnie i wolno popijając kawę usłyszałem zza pleców stłumione szeptanie. Kątem oka dostrzegłem, że za mną siedzi młoda para. Mieli może po dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Ona, smukła brunetka, z rozproszonymi niedbale włosami i gustownym, fioletowym żakietem, on jeszcze szczuplejszy od niej, z pociągłą końską twarzą i bystrymi oczami.

- Policja szuka tego mordercy – szeptała dziewczyna. – Kto mógł zrobić coś takiego?! Mi się to nie mieści w głowie. Jak słyszę takie historie w telewizji, to może nie robią na mnie takiego wrażenia. Ale to się stało w naszym mieście!
- Na pewno go znajdą – uspokajająco studził emocje chłopak.
- A jeśli nie? Jak tu mieć dzieci w tych czasach? Chyba nigdy nie odważę się tamtędy przejść wieczorem. Nawet teraz, za dnia omijam tamto miejsce szerokim łukiem.
- Nie popadaj w paranoję – pokiwał głową mężczyzna. – Znajdą go i pójdzie siedzieć.
- Pomyśl, że on może tutaj być. Gdzieś blisko. Może kupować chleb w spożywczym naprzeciwko, albo nawet siedzieć w tej kawiarni!
- Zmieńmy już temat kochanie. Nie masz nic ciekawszego do powiedzenia?

Zorientowałem się, że papieros już dawno zgasł, a moja dłoń nieznacznie drży. Zacząłem się pocić. Wmawiałem sobie, że muszę się opanować. Nie umiałem. Natychmiast wyszedłem.

Biegłem tak szybko jak umiałem. Nie myślałem. Chciałem po prostu uciec. Raz na zawsze wymazać zdarzenia zeszłej nocy. Powoli nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Ostatecznie poślizgnąłem się i mimo żałosnych, asekuracyjnych ruchów upadłem na ziemię.

Nie wiem czy to jedno z tych dziwnych zrządzeń losu, ale kiedy podniosłem umorusaną śniegiem twarz, moim oczom ukazał się niewyraźnie migoczący szyld piwiarni „Pod wściekłym psem”.

Mimo dość wczesnej pory pomieszczenie było szczelnie zadymione. Do „psa” lubiłem chodzić z tego względu, że była to jedna z tych knajp, która przyciągała swoją nienamacalną magią jak magnez. Wydawać by się mogło, że strome, niepraktyczne zejście, odrapane ściany i dziwaczne papierowe lampy pozawieszane bez żadnego większego pomysłu i gustu, odstraszą na wstępie każdego klienta. Mimo to, lokal prosperował całkiem dobrze. Nie wiadomo co sprawiało, że lubiłem tu przychodzić. Czy to zasługa uprzejmej obsługi, czy to niedoświetlonych ciemnych zaułków, gdzie można prawie niezauważonym sączyć piwo, czy też specyficzna klientela, stała i niezmienna, nadawały temu miejscu aurę wyjątkowości.

Usiadłem ciężko na plastikowym krześle przy barze. Pech chciał, że musiałem dzielić przestrzeń – jak się domyślam-, z najbardziej zalaną osobą z całego tutejszego towarzystwa. Podpierał głowę ręką, i nawet w takiej pozycji, co jakiś czas przechylał się niebezpiecznie w moją stronę. Niebezpieczne dlatego, że cuchnął jakby się nie mył przynajmniej tydzień. Do tego dochodził oczywiście smród gorzały i tanich papierosów. Na moje szczęście nie trwało to długo. Mężczyzna runął na posadzkę. Nikt nawet nie zwrócił początkowo na niego uwagi. Zdarzało się, widzieć ciekawsze sytuacje. Sam byłem świadkiem dość ciekawego zajścia.

Pewnego pięknego dnia, jeden z klientów za dużo wypił. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie był dodatkowo pod wpływem bliżej nieokreślonych substancji psychoaktywnych. W fazie krytycznej zaczął dość zawzięcie ranić sobie paznokciami czoło. Krzyczał przy tym: „wyrósł mi róg, róg parszywego jednorożca!”.
Wtedy też, nikt nie zwracał na niego uwagi. Dopiero, kiedy wziął kufel od piwa i rąbnął nim z całej siły w czoło, podniosła się wrzawa. Delikwenta przewieźli do szpitala i nawet nic mu się nie stało. Ale historia zabawna, przyznacie?

Wracając do naszego położenia, pijaczka wyniesiono, a ja mogłem spokojnie zamówić boski napój. Zadowolony, że w końcu w spokoju będę mógł się napić zobaczyłem, że ktoś uważnie mi się przygląda. Był to osobnik o dość sympatycznej, nieco pulchnej twarzy, z lekkim zarostem i nieznacznie przetłuszczonymi włosami. Po chwili zbliżył się do mnie i zaproponował jedną kolejkę wódki. Niedługo się zastanawiając przytaknąłem głową. Ognisty trunek szybko rozgrzał moje ciało. Nieznajomy wyciągnął ze zmiętej paczki ostatniego papierosa i zapalił w zadumie.

- Wiesz – zaczął melancholijnie – czasami zastanawiam się jak długo można zapijać własne smutki i niepowodzenia. Zerwałem z przeszłością, uciekłem z miasta, które kolokwialnie mówiąc śmierdziały złymi wspomnieniami. Niestety nie doszedłem do żadnych ciekawych wniosków, może ty mi coś doradzisz?
Niestety trafiłem na jednego z tych osobników, którzy chcą się strasznie wygadać pod wpływem alkoholu. Jak to zwykle bywa, wódka szybko uderzyła mi do głowy. W połączeniu z dość mocnym piwem w głowie pojawiło mi się mnóstwo rad, złotych myśli i tym podobnych. Mówiłem spokojnie i pewnie, co nie zdarza się w moim przypadku zbyt często.
- Nie można uciec od samego siebie przenosząc się z miejsca na miejsce. Tak zwykł mawiać Hemingway, ale nie wiem czy to dobry przykład bo gość ostatecznie przyłożył sobie dubeltówkę do ust i strzelił. Zmiana miejsca nic ci nie da. Musisz zmienić nastawienie i zająć się czymś pożytecznym. Czasami wystarczy znaleźć inną kobietę.
- Skąd wiedziałeś, że chodzi o kobietę?
- A o co innego mogło chodzić? Albo o pieniądze, albo o kobiety. Nie wyglądasz raczej na maklera – bankruta.
Poczęstowałem nieszczęśnika papierosem i zamówiliśmy kolejną porcję znieczulenia. Im więcej piliśmy, tym bardziej chciałem zwierzyć się komuś z własnych problemów. Pewnej części ludzkiej natury nie da się oszukać. Mimo wszystko nie byłem na tyle pijany, żeby bez kompleksów mówić o tym, że kilka dni temu zamordowałem gwałciciela.
- A ty, czemu pijesz – z zamyślenia wyrwały mnie słowa nieznajomego – Piję, bo… – zająknąłem się – bo lubię. Po prostu czasami lubię zajrzeć do tej knajpy i wychylić kilka głębszych. Chyba nie ma w tym nic nienormalnego?
- Oczywiście, że nie. Chciałbym pić, na przykład dlatego, że smakuje mi piwo, tak jak mówisz – dukał, a jego głowa coraz bardziej chyliła się ku popielniczce. – Ale ja piję, piję bo mnie rzuciła ta szmata! W dodatku ukradła mi dwa tysiące złotych i ulotniła się z jakimś frajerem. Jesteś w stanie to zrozumieć?!
- Nie do końca. Dlatego wolę trzymać kobiety na dystans. Są niebezpieczne.

***

Czułem jak świat wiruje mi przed oczami. Nachalne słońce kuło mnie w oczy. W dodatku ktoś dobijał się do drzwi. Kogo do cholery posyła do mnie diabeł o tej porze? Mocno poirytowany wstałem i zacząłem walkę z niewidocznym helikopterem. W końcu udało mi się jako tako utrzymać równowagę.

Otworzyłem drzwi i już miałem wydrzeć się na listonosza, który jak mniemałem pewnie przyniósł mi jakąś niepotrzebną makulaturę, kiedy moim oczom ukazały się dwie, tak bardzo dobrze znane mi twarze. Rodzice. Matka stała zażenowana widząc mnie jedynie w slipach, z rozczochranymi włosami i tym charakterystycznym wyrazem twarzy winnego. Ojciec stanowczo mierzył mą pokraczną osobę wzrokiem.
- Chcieliśmy zrobić Ci niespodziankę – przerwała nieprzyzwoitą już ciszę mama.
- Przychodzimy nie w porę? – dopowiedział ojciec.
- W porę, nie w porę – zabełkotałem. – Wejdźcie. Może uda mi się zrobić jakiś obiad, czy coś podobnego.

Kiedy zamknąłem drzwi moi rodzice doznali powtórnego szoku. Ja natomiast wytrzeźwiałem chyba najszybciej w swoim życiu. Zobaczyłem dziewczynę, synonim moich kłopotów? Skąd się tutaj wzięła?!

***

W ciasnej klitce kłębiło się od tytoniowego dymu. Dało się też odczuć woń alkoholu. Z pomieszczenia dobiegała żarliwa dyskusja, często słychać było podniesiony głos, energiczne uderzenie pięścią w stół.
- Panie starszy posterunkowy. Mnie to mało wszystko obchodzi. Sprawa ma być rozwiązana pilnie. Tak pilnie jak jest to możliwe. Nie wiem czy Pan wie, ale mamy dobre układy z tutejszymi ludźmi, także tymi bardziej wpływowymi, czasami bardziej wpływowymi od nas. I tym ludziom bardzo zależy na tym, żeby mordercę złapać. Ma być widowiskowa akcja, gdzie łapiemy mordercę, ma być szybki i bezprecedensowy sąd w Warszawie. Inaczej może Pan sobie zapomnieć o stopniu sierżanta, rozumiemy się? Już ja napiszę stosowny list do komendanta wojewódzkiego, niech się Pan o to nie martwi! Czy teraz wszystko jest jasne?
- Tak jest

Tagi: , , , ,

12
lut

Opowiem wam historię cz. 1

   Autor: Wiktor Orzeł   Kategoria: Opowiadanie, Proza

Szedłem samotnie ulicą. Śnieg iskrzył się w słońcu i przykrywał niemal wszystko dookoła. Drzewa ubrane w białe szaty, krzewy szczelnie otulone śnieżnym płaszczem i w końcu ulica przypominająca stare torowisko, pełne urwanych traktów.

Paliłem powoli papierosa, a kiedy wypuszczałem dym, moje ciało przechodził nieprzyjemny dreszcz. Każde zaciągnięcie powodowało wdychanie do płuc lodowatego powietrza. Mimo niedogodności związanych z aurą, uwielbiałem zimę.

Z przyjemnością patrzyłem na nieudolną walkę sąsiadów z szuflami, samochodami, niejeżdżącymi autobusami miejskimi i tak dalej. Strasznie nie lubię ludzkiej ignorancji, a prawdziwa zima obnaża bezpardonowo ludzką słabość. Oprócz srogiego charakteru tej pory roku, lubię w niej podziwiać też coś innego – piękno. Ile razy wychodzę w mroźny wieczór na spacer, ile razy rano kłopoczę się z kolejnymi zaspami, żeby dojść do pracy, w głowie kołatają mi marzycielskie impulsy (dziwne te czasy, hę? Naszym przodkom siarczysty mróz raczej zbyt dobrze się nie kojarzył). Mam wtedy ochotę wsiąść do byle jakiego pociągu i pojechać przed siebie.

Wiem, że może brzmi to banalnie, zdaję sobie sprawę z tego, że nie robię nic odkrywczego, ale tak naprawdę nie lubię oglądać się na innych. W naszym kochanym społeczeństwie dominuje podporządkowanie się względem grupy. Czy to w pracy, czy to w pociągu, czy w końcu na przystanku autobusowym. Nie stawiam się w roli buntownika, ale czasami nie mam ochoty na płaskie korelacje, tylko dlatego, żeby potem o mnie nie szeptano złośliwie w redakcji. Lubię żyć w swoim świecie, tylko do końca nie rozumiem, dlaczego inni oceniają mnie jako człowieka nieszczęśliwego. Bynajmniej tak nie jest! Nie przesadzajmy też; nie jestem na tyle zdziwaczały, żeby nie zamienić z nikim ani słowa.

Z mojego dziwnego usposobienia wynikają pewne niecodzienne sytuacje.
Na przykład, kiedy przechodzę na czerwonym świetle, jakiś starszy pan wygraża mi ręką. Może to ja jestem nienormalny, ale tak naprawdę co kogo obchodzi, na jakim świetle lubię przechodzić przez ulicę? Może moim marzeniem jest poczucie rozpędzonej maski samochodu, a zderzenie z karoserią to sens mojego życia wywodzący się z głębokiej i szczerze wyznawanej religii?

Tak czy owak, bardzo nie lubię upierdliwych ludzi. Szczególnie takich, którzy wiedzą lepiej, co jest dla mnie dobre, a co nie.

Nie wchodźmy jednak dalej w te tematy, bo nie warto. Chcę wam opowiedzieć dość niecodzienną historię, jaka mi się niedawno przydarzyła i diametralnie odmieniła moje skromne życie. Jak się pewnie domyślacie, chodzi o kobietę. Pomyślicie: znowu banał! Zanim potwierdzicie swoje spostrzeżenia, zanim skreślicie moją historię, przeczytajcie ją!

***

Od mniej więcej czterech lat pracuję w redakcji. Jestem jednym z tych szarych edytorów, o których przeciętny zjadacz chleba nawet nie ma pojęcia, że istnieją.

Cenię w tej pracy przede wszystkim moją względną niezależność. Na bieżąco, drogą elektroniczną przesyłają mi notatki, a ja równie na bieżąco, również drogą elektroniczną podsyłam im efekt mojej pracy i wszyscy są zadowoleni.

Sprawa przedstawia się nieco mniej optymistycznie, kiedy do wydania naszego miesięcznika zostaje coraz mniej czasu. Wtedy nawet ja dostaję wezwanie do biura i dziwnym trafem na biurku zalega mi stos nowych artykułów do korekty. Niestety, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przynajmniej trzydzieści procent z nich to wyssane z palca psychologiczne bajeczki, podparte wątłą próbą badawczą, nie mówiąc już o jakiejkolwiek fachowej krytyce naukowej czy przyzwoitej liczbie replikacji. Mimo średnio profesjonalnego podejścia do fachu, „Postawy”, magazyn psychologiczno-społeczny, sprzedaje się całkiem dobrze. Ludzie łakną prostych odpowiedzi, skutecznych terapii. To wszystko działa podobnie jak horoskopy, tyle że przeznaczone dla ludzi o nieco wyższym IQ, jednak zasada się nie zmienia. Zaciekawieni czytelnicy łapczywie łykają złote porady jak spragnione psy. Niestety, czasami można się zakrztusić. Ale to już nie moja sprawa. Ja tylko poprawiam literówki.

***

Nie znosiłem monotonii codziennego życia, dlatego często chadzałem do pubów, powiedzmy sobie szczerze, raczej nie najlepszej renomy. Myślę, że był to zdrowy odruch człowieka, który nieustannie przebywał w pseudointeligenckim środowisku nadętych bufonów.

Któregoś wieczoru całkiem nieźle wstawiłem się w piwiarni „Pod wściekłym psem”. Mimo odurzenia alkoholowego szedłem dość pewnie, wypuszczając przy tym kłęby dymu. Wlokłem się wąską uliczką wśród starych, obdartych kamienic. Panował półmrok, ze wskazaniem na drugą część składową tego wyrazu. W żadnym z małych okienek nie żarzył się chociażby knot papierosa. Co jakiś czas musiałem przystanąć i oprzeć się o cokolwiek, aby móc dalej walczyć ze swą niedolą. Zatrzymałem się przed kolejnym zakrętem, żeby z niego przypadkiem nie wypaść, tudzież boleśnie upaść i nie wstać.

W pewnym momencie usłyszałem coś niepokojącego. Zmysły jakby się wyostrzyły i zacząłem nasłuchiwać. Czasami, co prawda, zakręciło mi się w głowie, ale jak na swój stan byłem wyjątkowo czujny. Zorientowałem się, że dziwne odgłosy dochodziły jakieś cztery kroki od miejsca, w którym się znajdowałem. Byłem pewien, że w bramie kamienicy dzieje się coś, czego nie chciałbym zobaczyć. Pierwszym odruchem była ucieczka. Po co mam mieszać się w nie swoje sprawy? Mam dwadzieścia pięć lat, jestem kawalerem, chciałbym kiedyś poznać swoją przyszłą żonę, a wcześniej jeszcze przynajmniej kilka razy porządnie upić się „Pod wściekłym psem” czy w innej równie obskurnej knajpie. Mimo wszystko stwierdziłem, że moje cele życiowe są dość marne, i w końcu, jakby nie patrzeć, jestem mężczyzną, więc wypadałoby stawić czoła wyzwaniu, które rzucił mi los tej nocy. Miałem szczerą nadzieję, że to tylko podchmielony umysł płatał mi figle.

Na tyle, na ile było to możliwe, ostrożnie pokonałem zakręt. Przejście z ulicy do wrót budynku przypominało bunkier. Półkolisty strop i marna jarzeniówka, która zdawała się ledwo rozbłyskać. Kiedy na chwilę mocniej zaświeciła, zobaczyłem, jak rosły mężczyzna mocno przyparł młodą dziewczynę do ściany i wielgachną ręką zasłaniał jej usta. Dźwięk, który słyszałem, był błagalnym kwileniem o pomoc. Przerażone oczy gorączkowo szukały choćby nadziei na ucieczkę. Olbrzym jednak przyparł swoim cielskiem wątłą kobietę do muru, a drugą ręką łapczywie zdzierał z niej ubranie. Tyle zdążyły zarejestrować moje oczy przez te kilka sekund, kiedy świeciło światło. Teraz znowu zgasło. Czułem, jak serce kołata mi w klatce piersiowej, i wydawało mi się, że gwałciciel na pewno usłyszał jego głośne bicie i już biegnie ze swoimi wielkimi łapskami, by mnie zadusić. Starałem się uspokoić, ale nie mogłem opanować drżenia rąk. Kiedy tak stałem, w końcu do mnie dotarło, że tak naprawdę nie mam za dużo czasu. Ile temu obleśnemu wytworowi toksycznego społeczeństwa zajmie ten okropny proceder? Trzy, pięć minut? Co zrobi potem? Zauważy mnie i jednym celnym ciosem przeniesie do krainy wiecznych łowów.

Rozejrzałem się gorączkowo za jakimkolwiek przedmiotem, który mógłby mi posłużyć za broń. Dopiero teraz zauważyłem obok chodnika całą paletę kostki brukowej i kilka sztuk leżących luzem. Nie zastanawiając się dłużej, wziąłem pęknięty kamień, który miał najostrzejsze zakończenie. Skradałem się tak cicho, jak tylko mogłem. Wiedziałem, że wpadłem po uszy i teraz nie ma już odwrotu. Najbardziej martwiło mnie to, że już nie słyszałem ani sapania grubasa, ani żałosnego wołania o pomoc dziewczyny. Nagle olbrzymie cielsko wyrosło mi przed oczami. Zobaczyłem, jak drań zapina spodnie, a nieprzytomna kobieta leży z rozłożonymi nogami na ziemi. Nigdy wcześniej w jednym momencie nie nagromadziło się we mnie tyle agresji. To był jeden, potężny impuls. Z całej siły zdzieliłem skurwiela kamieniem w łeb. Dryblas upadł, a z jego głowy powoli zaczęła cieknąć krew…

Tagi: , , , ,

9
sty

Opowiadanie

   Autor: Wiktor Orzeł   Kategoria: Opowiadanie, Proza

Proszę o cierpliwość, wkrótce opublikuję pierwszy rozdział opowiadania, mam nadzieję, że przypadnie do gust.

19
gru

Niebieskie Krzesło – Antologia poezji Portalu Pisarskiego

   Autor: Wiktor Orzeł   Kategoria: Książki

Niebieskie Krzesło Antologia Portalu Pisarskiego

Niebieskie Krzesło Antologia Portalu Pisarskiego

W antologii Niebieskie krzesło znalazły się wiersze dziewcząt i dojrzałych kobiet, wiersze mężczyzn wchodzących w życie i tych w sile wieku, o skroniach przyprószonych siwizną, utwory debiutantów i twórców mających już na koncie własne książki. Każdy z nich ma własny sposób wypowiedzi, własny poetycki głos. Jedni rymują, inni tworzą wiersze białe; niekiedy są to wielowarstwowe literackie patchworki, czasem – swoiste puzzle. Są wśród autorów tacy, którzy eksponują własne „ja”, niektórzy chowają „ja” za parawanem świata, posługują się poetyckim reportażem z tego, co widzieli tuż za rogiem, w mieście, kiedyś w dzieciństwie czy też przed chwilą. Antologia Niebieskie krzesło stanowi przegląd twórczości, który pozwoli Czytelnikowi zanurzyć się w różnorodne światy poetyckie. Są one jak planety, a na każdej mieszka inny poeta – anioł z jednym skrzydłem.

Autorki i autorzy tomu:
Anna Adamowicz • Bożena Barda • Gabriela Bartnicka• Zofia Aleksandra Dubiel • Małgorzata Kowalska • Inesa Kruszka • Bogna Kurpiel • Halina Małecka • Jolanta Zarębska • Katarzyna Zychla • Łukasz Bernady • Adam Ladziński • Tadeusz Kajetan Lubomirski • Krzysztof Marcyjaniak • Sławomir Mehlich • Anna Michalska • Jacek Moryc • Jacek Musiał • Krzysztof P. Nowak • Piotr Pajor • Wojtek Pelc • Patryk Pieczarka • Michał Szulczewski • Czesław Szymon • Artur Wodarski

format: A5
liczba stron: 216
nr ISBN: 978-83-60422-17-5
cena rynkowa: 20,50 zł
wydawca: SW ANAGRAM
miejsce i rok wydania: Warszawa 2010